Sześciolatki do szkoły?

W sumie to blog prawie nie żyje, ale trudno mi przemilczeć temat sześciolatków w szkole, bo od miesiąca mam dylemat. Dylemat, którego wcześniej nie miałam.

Martyna za dwa miesiące kończy sześć lat i od jej wczesnego dzieciństwa byliśmy przekonani, że do szkoły pójdzie w wieku lat sześciu.

Nasze przekonanie nie wynikało z tego, że ochoczo popieraliśmy reformę, która wywołała tak wielkie oburzenie i podzieliła rodziców oraz nauczycieli, a poprzedniemu Rządowi zafundowała wielu hejterów. Po prostu wiedzieliśmy, że reforma weszła w życie i przekonani byliśmy, że dzieci urodzone w roku 2010 będą już obowiązkowo do szkoły chodzić w roku szkolnym 2016/2017.

Nie byłam zadowolona z reformy. Poza tym, że dobrze wiem, iż rządzący nigdy nie interesowali się dobrem mojego dziecka i ta reforma nie miała na celu zadbania o lepszą edukację moich dzieci, a zwyczajnie wiązała się z pewnymi dogodnościami finansowymi dla "nich", to uważam, że polskie szkoły na przyjmowanie sześciolatków nie są gotowe i długo nie będą.

Dziś już wiem, że decyzja należy do nas rodziców. Mogłabym, więc wykrzyknąć "hura" skoczyć z radości do góry i całować po stopach władzę rządzącą tym krajem, ale tak naprawdę jedyne co mam ochotę zrobić to rzucić rzęsiste "urwa mać!"

Decyzję o tym czy moja córka pójdzie do szkoły czy zostanie w przedszkolu, muszę podjąć już w najbliższych tygodniach (oczywiście w praktyce mogę się co do zmiany przedszkola na szkołę rozmyślić nawet w czerwcu, ale już w drugą stronę trochę gorzej).

Nie wiem nic. Nie wiem jaka będzie podstawa programowa, jak liczne będą klasy, czy w ogóle powstanie klasa w szkole, do której miałabym ewentualnie Martynę posłać. Nie wiem czy w zerówce zostanie w grupie, w której jest, czy nie przeniosą jej do oddziału zamiejscowego, jaka będzie podstawa  programowa w zerówce, czy ona będzie powtarzać rok, czy nauczy się czegoś nowego. Nie wiem nic. NIC!

Nie mam wątpliwości, że moja córka poradziłaby sobie w szkole, gdyby dostała odpowiedniego pedagoga i gdyby trochę bardziej umiała się skupić (być może do września by się to poprawiło), mimo to nie chcę jej do szkoły puszczać, dlatego że nie wiem na tę chwilę co ją tam czeka. Nie wiem czy ktokolwiek to wie.

Jestem poważnie wkurzona na władzę, że tak bardzo się skupili na spełnianiu obietnic przedwyborczych, że zapomnieli, żeby spełniać je w lepszej organizacji i trochę bardziej z głową. Gdybym była matką dziecka, dla którego przygoda ze szkołą zacząć się ma za kilka lat (Adaś) byłabym szczęśliwa i zadowolona z tego, że mogę tę decyzję podjąć sama, ale teraz? Jestem wściekła.

Nie zrozumcie mnie źle, nie jestem zła, że kolejna reforma została wprowadzona, jestem zła, bo za dużo jest niewiadomych i za mało czasu na wyjaśnienie nam rodzicom i dzieciom, co jest dla nich lepsze, natomiast z każdej strony się biją o moją sześciolatkę, oby tylko do szkoły poszła, bo statystyki są dość miażdżące. Podobno po reformie do szkoły pójdzie tylko ok 1/4 sześciolatków.

Moja córka od dawna była nastawiana, że pójdzie do szkoły od września, teraz nasze rozmowy o tym czy chce iść do szkoły czy zostać w przedszkolu strasznie mieszają jej w głowie. Pozostanie w przedszkolu traktuje trochę jako karę. Oczywiście to nie ona podejmie tę decyzję, ale oczywistym jest, że nie chcemy za bardzo jej mieszać w głowie. Nam rodzicom już wystarczająco namieszano...

Tymczasem ruszyła zmasowana akcja nawołująca do posłania sześciolatków do szkoły. dyrektorzy szkół są przerażenie, bo duże szanse, że w niektórych, mniejszych placówka, klasy pierwsze nie zostaną uruchomione ze względu na zbyt małą liczbę chętnych. Na tę chwilę obowiązkowo do szkoły muszą iść jedynie dzieci siedmioletnie, które zostały odroczone w ubiegłym roku, kiedy to do szkoły szły już wszystkie sześciolatki bez względu na miesiąc, w którym się urodziły. Ze wszystkich stron "straszą" nas, że dzieci trzy i czteroletnie stracą miejsca w przedszkolach, gdyż sześciolatki, które miały je opuścić pozostaną, co wzbudza złe emocje u rodziców dzieci młodszych.

Dodatkowo władze lokalne kuszą dodatkowymi zapomogami na wyprawki.

Głowa mnie już od tego boli, a dalej nie wiem co moje dziecko będzie robiło w szkole, co w zerówce po raz drugi.

Pozostawienie dziecka w przedszkolu wydaje się opcją dość bezpieczną, bo tak naprawdę fundujemy mu  "tylko" kolejny rok zabawy zamiast nauki, sterty prac domowych, stresów związanych za adaptacją w nowym środowisku. Jest to decyzja bezpieczna, więc nie ma się co dziwić, że zdecydowana większość rodziców właśnie ja planuje podjąć.

Jaką decyzję podejmiemy my?

Znów musiałabym rzucić mięsem i napisać, że ...wie

Wciąż nie do końca jestem pewna.

Póki co deklaruję, że w przedszkolu pozostanie....

Vege, dlaczego teraz?

Nigdy nie byłam fanką mięsa. Schabowy nie specjalnie mi wchodził, a pierogi z mięsem jadałam, bo musiałam.

Z mięsa to ja tylko drób tolerowałam. Szyneczki, paróweczki, kiełbaski, a fuj! Nie lubię.

Nie dopisuję do tego ideologii. Krzywda zwierząt owszem obchodzi mnie, ale nie tak silnie, aby wywołać u mnie wstręt do produktów mięsnych. Ja po prostu nie lubię mięsa tak bardzo, więc zwyczajnie łatwo mi było podjąć tę decyzję o wywaleniu go z mojego jadłospisu całkiem.

Kilkanaście lat temu, miałam w swoim życiu kilkunastomiesięczny epizod z niejedzeniem mięsa. Nie byłam jednak wtedy świadoma tego czym mięso zastępować, więc szybko odczułam skutki uboczne nie spożywania go. Teraz już wiem, że bez mięsa da się żyć, ale trzeba mieć dużą świadomość tego jak jeść, aby było dobrze.

Od trzech tygodni dużo czytam o wegetarianizmie i jestem zafascynowana. Na razie mam w planie przetestować ten sposób odżywiania, nie wykluczam, że mięso do mojej diety wróci, choć nie sądzę, że w takich ilościach jak ostatnio.

Po kilku dniach w końcu zaczynam odczuwać tę lekkość, o której mówią osoby, które rzuciły mięso.

Bardziej eksperymentuję w kuchni i częściej niż dotychczas sięgam po warzywa strąkowe, pietruszkę oraz kasze. Polubiłam też białko konopne (będzie o nim osobny post, gdy bardziej je przetestuję).

Nie oczekuję niczego po tej zmianie, nie chcę się odchudzić (choć może chcę, ale nie w tym celu zmieniłam dietę), nie chcę ratować świata. Chcę po prostu znaleźć odpowiedni dla siebie sposób odżywania, chcę zobaczyć czy to właśnie wegetarianizm nim może być.

Na razie zaplanowałam sobie miesiąc, po miesiącu zdecyduję co dalej. Może wrócę do kurczaka, może rzucę przetwory mleczne lub gluten, niczego nie wykluczam. Jestem wegetarianką na luzie, zobaczymy co będzie :)


Nowy początek

Ech, uciekło mi dużo czasu. Czasu, w którym zajęłam się wszystkim innym tylko nie blogiem. Różne rzeczy się działy, a ja właściwie myślałam, że już nie wrócę.

Tak po prawdzie to mam kilka nieopublikowanych postów, których nie chciałam publikować, bo jakoś tak pomyślałam sobie, że chyba już straciłam to coś.

Ostatnio napisała do mnie pewna kobieta...

Pierwszy raz od dość dawna ktoś odezwał się do mnie, dlatego że czytał mojego bloga. To było miłe...

Ponad miesiąc temu dostałam maila z przypomnieniem o tym, że pora opłacić hosting na kolejny rok i wtedy pojawiła się myśl, żeby nie zapłacić. Problem bloga, który powoli umiera sam by się wtedy rozwiązał.

Opłaciłam hosting, bo żal mi było. Nie chciałam, żeby blog zniknął, choć od dawna nic się tu nie działo.

Co z tego wyniknie? Zobaczymy. Na razie zostajemy i myślę o kilku zmianach. Mniej o dzieciach, więcej o mnie. Mniej zdjęć (tak wiem, zdjęcia przyciągają) więcej treści. Pewnie w mniejszym gronie, z mniejszym, zasięgiem, ale też i delikatniej...

Co u nas?
Martyna w zerówce, Adaś w przedszkolu tym samym co jego siostra.

Ja w innym biurze innym dziale, ale nadal prawie 50 km od miejsca zamieszkania. Mąż się szkoli i podnosi kwalifikacje.

Włosy mi trochę urosły i piegów po lecie przybyło. Od kilu dni nie jem mięsa, od prawie dwóch miesięcy nie biegam z powodów problemów z kolanem (wszystkiemu winien Adaś :P ale może o tym kiedy indziej ;) )

Momentami czuję się już trochę stara, po to aby za chwilę cieszyć się młodością.

Wciąż cieszę się życiem i doceniam wszystko co mam.

Ania, natchnęłaś mnie chyba :)

Dzisiaj

Pamiętam dokładnie dni narodzin moich dzieci. Ten drugi poród, inny niż ten pierwszy. Podwójne macierzyństwo różne od pojedynczego.

Kiedy trzy lata temu w bardzo upalną noc pojawił się na świecie mój syn targały mną emocje dużo większe niże te, które towarzyszyły mi w dniu narodzin córki.

Bycie rodzicem takiego chłopca jak Adaś wymaga od nas bardzo dużo cierpliwości. Niesamowite, że potrafię tak mocno kochać takiego małego histeryka, który w złości bez mrugnięcia okiem potrafi powiedzieć "nie lubię mamusi", który w napadzie histerii pluje, kopie i gryzie.

Od trzech lat uczę się cierpliwości, a bycie jego mamą jest naprawdę bardzo trudne.

To nic :) Syn mój jest wyjątkowo wesołym dzieckiem, nerwowym, ale wesołym.

I kiedy przychodzi do nie w środku nocy i wtula się tak mocno to pomimo upałów nie potrafię wypuścić go z moich ramion.

Sama nie byłam łatwym dzieckiem, więc być może dostałam za swoje. Choć może przez to jak bardzo potrafi zmęczyć jego ciągła histeria przestałam myśleć o kolejnym dziecku, bo dwoje takich to ja bym nie zniosła :), to nie wyobrażam sobie, że Adaś mógłby być inny. Takiego go kocham i kochać nie przestanę.

Wymagające dzieci są wymagające przez całe swoje życie. Te trzy lata spędzone w jego towarzystwie były jednak najpiękniejszymi w moim życiu, bo z nim nasza rodzina jest kompletna. Martyna ma brata, my mamy syna i córkę, mamy siebie...

Sto lat Synku, nie musisz się zmieniać, pozostań sobą. Kocham...

Piękno...

Właściwie już dawno miałam o tym pisać, ale temat wydawał mi się na tyle intymny, że nie miałam odwagi. Trochę obawiałam się niezrozumienia, a trochę hejtu, bo seria nieprzyjemnych komentarzy skierowanych w tę stronę pojawiła się już u mnie na blogu, a po zablokowaniu przeze mnie możliwości anonimowego komentowania, także na fanpejdżu z fałszywych kont.

Jestem kobietą niepełnosprawną, od urodzenia nie mam kawałka ręki. Dla stałych czytelników oraz moich znajomych ta informacja nie jest żadnym wyznanie zresztą pisałam o tym wcześniej TU, TU, TU.

Od kiedy zaczęłam zwracać uwagę na swój wygląd moja niepełnosprawność stała się dla mnie problemem. Ciężko jest nastoletniej dziewczynie zaakceptować tak wielką odmienność.

Pamiętam, że nastał taki okres, kiedy każda z koleżanek miała jakiś problem ze sobą natury estetycznej. Pamiętam jak każda wymieniała, a to za mały biust, a to za dużą pupę, a to krzywe nogi, a ja w głowie wciąż miałam to, że nic nie jest tak brzydkie jak mój kikut.

Przez lata ukrywałam go nosząc nawet w ciepłe dni rozpinany sweterek z długi rękawem lub bluzę. Nawet gdy było 30 st ciepła...

Wiele cierpienia kosztowało mnie zaakceptowanie tego jaka jestem. To była niekończąca się bitwa myśli. Teksty chłopaków w stylu "Ewa jest ładna, ale wiesz ta ręka" wcale mi nie pomagały. Wścibskie spojrzenia (ja wiem to tylko ciekawość) sprawiały, że chciałam się zapaść pod ziemię i nigdy nie wydostać się na zewnątrz...

Byłam złą nastolatką. Złą, zbuntowaną z pretensją do całego świata. Miałam wrażenie, że nikt mnie nigdy nie zrozumie, bo przecież "wiesz inni mają gorzej", "ze wszystkim sobie radzisz"...

Nigdy nie czułam się piękna... Do dziś mam świadomość, że brak ręki ujmuje mi uroku, zniekształca sylwetkę, no cóż co tu dużo mówić, nie wygląda to estetycznie...

Kikut to nie fałd na brzuchu, czy tłuste boczki bo ich można się pozbyć odpowiednią dietą. Niepełnosprawność to coś co musiałam w pełni zaakceptować i chyba to było najtrudniejsze na etapie, w którym niedawno się znalazłam.

Moje ciało, cóż nie jest perfekcyjne. Urodziłam dwoje dzieci, nie daję z siebie 100%, więc wciąż nie mam tyłka Jen Selter, choć swego czasu bardzo się o niego starałam, ale wiem że mogłabym go mieć.

Ręka, ona już zawsze taka będzie, nic się nie da zrobić. Proteza jest nie dla mnie, bo nigdy jej nie używałam. Przeszczepy kończyn nie po amputacji to wciąż science-fiction, a i do takiego przeszczepu trudno się zakwalifikować. W cuda nie wierzę, choć podobno się zdarzają. Ręka, czy raczej tylko jej część, pozostała więc czymś co musiałam polubić jeśli chciałam pozostać przy zdrowych zmysłach. Pozostałam.

Czy lubię? Czasem nie, ale mi już nie przeszkadza, już jej nie ukrywam za plecami, gdy pozuję do zdjęć i nie zawstydza mnie, gdy dzieci się na nią gapią.

Czy czuję się piękna?

No cóż, coraz częściej tak :) jestem mamą cudownych dzieci, żoną super facet. Patrzę na siebie inaczej, lubię się, choć ciało w całej okazałości idealne nie jest, a ten brakujący fragment czasem mnie irytuje.

Kluczem do akceptacji stała się jednak miłość. Miłość mężczyzny, dla którego to nigdy nie miało znaczenia.
Wiecie jak to mówią: "Każda potwora..." :)

#JestemMamąKochamSiebie

Nie czuję się gorsza

Dyskusja pod pewnym postem skłoniła mnie wczoraj do refleksji.

Będąc świeżo upieczoną mamą, wydawało mi się, że bardzo dużo wiem o tym jak się dzieckiem zajmować, jak je karmić i pielęgnować. Mój wrodzony upór sprawił, że nie słuchałam nikogo, bo wszystko co robiłam było tym co sama sobie zaplanowałam.

Dużo czytałam. Dziś wiem, że nie koniecznie te publikacje powinnam była czytać, ale co tam wtedy postępowałam tak, a nie inaczej.

Sama nie wiem jak to się stało, że karmiłam Martynę 11 miesięcy, choć ta nasza mleczna droga była taka trudna. Wyobrażałam sobie wtedy, że karmienie ma sens tylko przez pierwszy rok, a dwulatka przy piersi traktowałam jak zjawisko paranormalne.

Nie wiedziałam tyle o karmieniu naturalnym, co teraz. W pewnym momencie uwierzyłam nawet w "za słabe mleko", choć teraz obśmiewam ten mit, gdy tylko gdzieś na niego wpadnę.

Podawałam Martynie żarcie ze słoika i jeszcze się wykłócałam z przeciwnikami tych przemielonych milion razy papek, że takie marchewki w słoiku za 4 zł są sto razy lepsze niż taka opryska pełna pestycydów marchew z bazarku, bo przecież te w słoikach są eko, tak producent rzecze, co nie?

Wyjeżdżając na wakacje, gdy młoda miała 4 miesiące wyposażyłam się w pudełko z proszkiem, w obawia przed utrata mleka w trakcie jazdy do miejsca noclegowego.

Uwierzyłam też w rady położne, że to właśnie mleko w proszku, będzie mi potrzebne w chwili kryzysu i faktycznie podałam je Martynie, mało tego informacje o tym, że się przyda sprzedałam również koleżance.

Gdyby nie zwyczajna niechęć Martyny do mleka w proszku to pewnie po jej odstawieniu podawałabym jej formułę do 3 roku życia, bo przecież dziecko pić mleczko musi, a wszędzie głoszą, że przed trzecimi urodzinami to krowiego z kartonu nie może, tylko to z proszku.

Nie wiedziałam o sztucznym mleku tego wszystkiego co wiem teraz.

Kupowałam kaszki typu instant, bo przecież dla dzieci to jest, co z tego, że ilość cukru przeraża, nawet nie czytałam składu. Martyna wcinała te kaszki przez jakiś czas.

Popełniłam masę błędów żywieniowych. Krępowałam się karmić publicznie, nosiłam też Martynę w wisiadle! Wisiała biedna na kroczu przodem do świata, a ja nie wiedziałam jak to szkodliwe.

Tak, moja córka żyje i ma się dobrze, jest zdrową pogodną dziewczynką. Podawane przez kilka miesięcy mleko modyfikowane nie doprowadziło jej do otyłości, bo jest wręcz przerażająco chuda. Kaszki nie doprowadziły jej do cukrzycy typu II, a wisiadło nie zdeformowało jej stawów biodrowych ani kręgosłupa.

Mimo tego mam świadomość, że to nie były dobre wybory...

Czasem miewam chwile słabości, kiedy przysłowiowo płaczę nad rozlanym mlekiem, ale nigdy nie traktuję informacji o tym, że mleko sztuczne jest gorsze od mleka z piersi jako szkalowanie mnie jako matki!

Nie czuję się gorsza, gdy czytam o tym jak bardzo przemielone jest jedzenie w słoiku przez co traci swoje wartości.

Nie czuję się gorsza, kiedy czytam, że kaszki typu instant mają w składzie za dużo cukru co źle wpływa na dziecko i niestety uzależnia od słodkiego smaku.

Nie czuję się gorsza, gdy doradca noszenia opisuje niezdrowe skutki noszenia dziecka przodem do świata.

Czemu miałabym się czuć gorsza skoro to wszystko jest prawdą?

Owszem, żałuję, że nie miałam większego wsparcia, wiedzy, że zabrakło kompetentnych znajomych, że samej nie chciało mi się trochę bardziej podrążyć, ale uważam, że mój żal nie może przysłaniać mi oczu.

Kobietom należy się prawda pomimo tego, że ja jej nie znałam lub nawet jeśli zwyczajnie nie chciało mi się jej szukać.

Nie obrażam się na mamy, które mówią mi, że źle robiłam. Czerpię z ich wiedzy, aby nigdy więcej nie popełniać błędów, choć ich popełnianie jest nieuniknione :)



Jedyne w swoim rodzaju, magiczne, żywe! 10 Międzynarodowe Sympozjum na temat Karmienia Piersią i Laktacji

W miniony piątek miałam ogromną przyjemność wziąć udział w 10 Międzynarodowym Sympozjum na temat Karmienia Piersią i Laktacji, które odbyło się w Warszawie w hotelu Sheraton.

Ogromnie jestem wdzięczna firmie Medela Polska za zaproszenie mnie na to wydarzenie. Bardzo też żałuję, że mogłam wziąć udział tylko w pierwszym dniu Sympozjum, ale biorąc pod uwagę fakt, że w drodze na Sypozjum w pociągu zaczął rozwijać się u mnie jakiś wirus, to może i lepiej, bo przynajmniej nikogo nie zaraziłam i nie zakłócałam odbiory kaszlem i smarkaniem innym uczestnikom drugiego dnia Sympozjum.

Nie jestem w stanie tak teraz na szybko bez napisania długiego elaboratu przedstawić Wam wszystko to czego się dowiedziałam nowego na temat mleka ludzkiego, ale powiem Wam, że bardzo mocno żałuję, że karmiłam dzieci tym cudownym płynem tak krótko i tym bardziej kibicuje wszystkim matkom karmiącym, której mimo presji społecznej nie wstydzą się karmić piersią przez kilka lat. Nasze mleko jest tak zdrowe tak pełne unikanych składników, że sama bym je chętnie piła szklankami, gdybym, tylko miała do niego nieograniczony dostęp.

Jest kilka tematów, które po prostu mnie zaskoczyły. Mało jednak wiem o mleko kobiecym, dobrze że instynkt wiedział :)

Mleko dla chłopców i dla dziewczynek różni się składem.

Mleko matki karmiące ponad rok ma skład zbliżony do mleka dla wcześniaków.

Komórki macierzyste zawarte w mleku przechodzą do żołądka, nie są trawione...

To wszystko i dużo więcej usłyszałam właśnie w czasie Sympozjum.

Niezwykłe było również to, że poznałam ludzi z różnych końców świata, którzy chcą promować karmienie piersią, którzy mlekiem zajmują się zawodowo. Naukowców, którzy nie powiedzą: "po roku to już nie ma wartości", tak jak nasi rodzimi naukowcy.

Cieszę się, że ich zobaczyła, posłuchałam, że wchłonęłam tę atmosferę. Od piątku w mojej głowie miliony myśli, masę pytań...

Miałam też szansę spotkać się z kilkoma dziewczynami z Redakcji KL.

Napiszę Wam jeszcze o Sympozjum na pewno, kiedy znajdę więcej czasu na przejrzenie notatek i materiałów z Sympozjum. Tymczasem zostawiam Was z kilkoma zdjęciami.

Nie podpiszę, bo nie pamiętam dokładnie, które czyje, ale zdjęcia by Agata i Kasia i kilka moich robionych fonem czyli te najgorsze :)